CERTYFIKATY:
Pierwsze założenie było aby jak najmniej jechać ekspresowymi, drugie aby jechać jak najbliżej granicy północno-wschodniej, trzecie aby być z Jarosławem na Kawie, na kawie w Jarosławiu i też się udało!
W zeszłym roku zrobiliśmy z kolegą Jarkiem pierwsze podejście przy okazji wycieczki dookoła Polski. Niestety (albo i stety?) za bardzo skupiliśmy się na jeżdżeniu bocznymi dróżkami i zbyt długim zwiedzaniu tego, co podsuwały nam oczy, przez co niewiele zabrakło do skompletowania 1000 mil w 24 godziny.
Wtedy podjęliśmy desperacką próbę zdobycia 1500 mil w 36 godzin, ale znów — a to zwiedzanie Zamościa, a to stadniny koni w Janowie, a to drzemka na ławce… i tym razem również się nie udało.
Ale za to wycieczka była wyborna!
Jednak w tym roku postanowiliśmy już to zrobić — jeśli Bozia da zdrowie, bo jakiś order do garnituru trumienkowego się przyda. Od słów do czynów przeszliśmy więc 21 czerwca.
Ja startowałem o 04:37 z Kościerzyny, Jarek o 04:22 z Iławy. Spotkaliśmy się pod Elblągiem, aby dalej kontynuować challenge razem na naszych Kawach W800 (takie japońskie Junaki 😉).
Pierwsze założenie było takie, aby jak najmniej jechać drogami ekspresowymi, i to się udało, bo chyba tylko 70–80 km zrobiłem po S-ce.
Drugim celem było jechać jak najbliżej północno-wschodniej granicy. Było to bardzo urokliwe, ale niestety wpakowało nas w cholernie długie remonty dróg z wahadłami, a dodatkowo dwa razy wrzuciło nas na niezły szuter. Raz musieliśmy przejechać przez Puszczę Romincką (która upomniała się o myto i zabrała Jarosławowi tablicę rejestracyjną), a drugi raz przebijaliśmy się przez około 15 km obrzeżami Puszczy Białowieskiej (kurzyło się piekielnie!).
Trzeci cel był taki, aby być z Jarosławem na Kawie, na kawie w Jarosławiu — i też się udało!
Z Jarosławia ruszyliśmy już w trasę powrotną drogami wytyczanymi przez nawigację z ustawieniem „unikaj autostrad”, ale i tak podaliśmy ostry ogień na tłoki, bo czasu — kruca fuks — nie było zbyt dużo. Niestety było już ciemno (co o tej porze roku jest całkiem normalne), mgliście, a miejscami także mokro (co po upalnym dniu było dla nas zaskoczeniem). Mimo piekielnego ognia na tłokach mieliśmy obawy, że nie damy rady wyrobić 1600 km w 24 godziny.
Stąd też, niestety, od Płońska musieliśmy wskoczyć na S-kę, aby nieco poprawić średnią. Na oparach paliwa dojechaliśmy o 04:10 do Mławy, gdzie zarówno Jarek, jak i ja ukończyliśmy razem 1000 Miles / 24h Challenge „The Wild One”.
Wspaniała podróż, wspaniały kompan, Kawy szły jak wściekłe, pogoda dopisała, były przygody, no i Jarek przejechał „incognito”, czyli bez tablicy rejestracyjnej, około 1200 km. Są przepisy, że po Polsce można jeździć bez dowodu rejestracyjnego, a Jarek pokazał, że bez tablicy rejestracyjnej też można jeździć!
Jak to piszą klasycy pióra — „sam smak motocyklizmu!”.