CERTYFIKATY:
„Jazda Junakiem to sam smak motocyklizmu, nie ma lepiej” PiotrC
JEEEEST WYNIK!!! 1500 mi (2414 km) w 35 h. Junaczysko dało radę, ale coś się zrobiło z zapłonem, świecą, zaworami, gaźnikiem lub czymś jeszcze. Dziwnie pracuje, choć cały czas leci około setki. Znaczną część trasy leciałem 95–100 km/h. Szczegóły jutro. Idę spać. Przejechałem psa (owczarka niemieckiego) i kapibarę. Oba zwierzaki wirtualne, ale hamowałem jak przy prawdziwych. To efekt odwodnienia. Polska ma piękne drogi. Całość pętli po ekspresówkach i autostradach. Super.
Tak na gorąco dałem znać braci Junakowców o szczęśliwym powrocie do domu. Ta, przyznaję, nieco szalona trasa jest spełnieniem wyzwania „Mad Rider”.
Piotrek, gratki!!! Tyle godzin nasłuchiwania silnika to jest ogromny stres dla Junakowca 😁😁😁 Po prostu, że też Ci się chciało?? Podziwiam!! Czarek.
Dziękuję wszystkim za miłe słowa. Czaro najlepiej ujął, z czym musiałem się mierzyć. Wał ma już 50.000 km, więc wchodzi w wiek, gdy coś się może wydarzyć. Właściwie całą trasę pokonałem w górnym zakresie możliwości mojego silnika, jadąc 95–100 km/h, czasami trochę szybciej, ale prawie nigdy wolniej, i tak przez 2400 km 🙂
Zrzut z ekranu nawigacji na odcinkowym pomiarze prędkości. Aktualna prędkość 99 km/h, średnia 97 km/h.
Olej kontrolowany przy każdym tankowaniu. Gdy startowałem, od wymiany miał przejechane 2000 km, więc po konsultacji z Krzychem uznałem, że oliwa zostaje, jak jest. Zaczynałem od poziomu do połowy bagnetu i poziom ten spadał powolutku. Przed Radomiem dokupiłem litr i dolałem ćwiartkę. Coś tam jednak w silniku się dzieje. Nie wiem, czy w układzie paliwowym, czy zapłonowym, bo na ciepło mój silnik ma stosunkowo duże obroty jałowe (bardzo zużyta przepustnica w Amalu), a pod koniec trasy wolne obroty spadły do tego stopnia, że musiałem podtrzymywać je rolgazem. Może to kwestia zaworów? W poniedziałek będę musiał popatrzeć. Z obsług technicznych musiałem jedynie coś podłożyć pod bak, bo brzęczał, tłukąc się o ramę. Poszedł na to kawałek podkoszulki, który po odcięciu owinąłem wokół rury podzbiornikowej, co rozwiązało problem.
Ruszyłem w piątek o 10:05. Była wtedy piękna, słoneczna pogoda. Na drogi wyjechało wielu motocyklistów, udających się na dalsze lub bliższe wycieczki. Praktycznie przy każdym tankowaniu ktoś mnie zaczepiał, opowiadał dokąd jedzie i pytał jaki mam plan wyjazdu. Trzeba było zobaczyć ich miny 🙂
W sobotni poranek na stacji autostradowej na wysokości Łodzi stanąłem koło czteroosobowej wycieczki. Gdy zagadnięty przedstawiłem dotychczasową trasę i powiedziałem, gdzie jeszcze się wybieram, jedna z dziewczyn zaczęła wykrzykiwać: „Kłamie, kłamie, kłamie!!!”. Na ten kawałeczek trasy wyjechał mi na spotkanie mój przyrodni brat Olek. Przywiózł dobre słowo i kanapki. Bronił mnie też przed zarzutami o kłamstwo.
Podsumowując, cieszę się, że Junak sprostał temu wyzwaniu, choć wydawałoby się, że jest to już poza granicą jego możliwości. Na 17 czerwca mam zarezerwowany współczesny motocykl, na którym pojadę to samo wyzwanie, tyle tylko że na innej trasie. Źle się czułem z myślą, że podejmę takie wyzwanie, nie sprawdzając wcześniej, czy da się je zrobić Junakiem.
Jeździec spisał się nieźle. Z praktycznych wniosków warto zapamiętać i uwzględniać we wszystkich trasach kwestię picia. Najprościej rzecz ujmując, trzeba pić. Gusty i smaki są różne. Nie ma tu jednej uniwersalnej porady, ale sądzę, że najbezpieczniejsza i najpraktyczniejsza jest woda. Na początek zabrałem ulubiony półlitrowy termos z ulubioną herbatą, dobrze osłodzoną i wzmocnioną plastrem cytryny. Na tym zapasie doleciałem przez Lublin, Rzeszów, Kraków, Katowice, Wrocław i Zieloną Górę pod Gorzów. To, że jestem odwodniony, zauważyłem, gdy w środku nocy, na kompletnie pustej ekspresówce, w lekkim deszczu i przy rozbłyskach piorunów, zobaczyłem przebiegającą kapibarę. Chcąc ją uratować, gwałtownie zahamowałem. Oczywiście pojęcie „gwałtownie” jest w przypadku Junaka dość umowne. Oczywiście dołożyło się do tego zmęczenie, ale myślę, że istotną przyczyną było odwodnienie. Od tego momentu starałem się pić, nawet nie czując pragnienia.
Drugiego zwierzaka, który omal nie stałby się moją ofiarą, dogoniłem na pięknej i szerokiej ekspresówce przed Radomiem. Był to owczarek niemiecki. Ależ zasuwał. Tak na oko 80 km/h. Biegł środkiem pasa i wjechałbym mu w ogon, gdyby nie to, że – jak w przypadku kapibary – gwałtownie hamowałem. Tym razem, mimo szybkiej reakcji, chyba trąciłbym delikwenta, ale na szczęście zniknął i więcej się nie pojawił. To była halucynacja „usprawiedliwiona”. Była to trzydziesta któraś godzina jazdy. Dotychczas myślałem, że mój organizm przed etapem halucynacji (unikam ich jak ognia) daje sygnały w postaci „mulenia” i poczucia senności. Tym razem ostrzeżeń nie było i to jest ostrzeżenie na przyszłość. Pić i robić przerwy na ćwiczenia pobudzające, nawet gdy wydaje się, że ma się pełną kontrolę.
Czy było warto? Było!