Kuba Joozwa

Kuba Joozwa

Kuba Joozwa

Kuba vel Joozwa

CERTYFIKATY:

Kanapa w motocyklu mojego brata w pełni zasługuje na swoją nazwę: jest miękka i wygodna. Natomiast siedzenie w mojej Tenerce nie jest godne nawet tego miana i znacznie bliżej mu do drewnianej ławki. Rozumie się więc samo przez się, że kierownik Tenery dysponuje zdecydowanie twardszą doopą, a zatem zasługa zdobycia „Bad Asss” z wyróżnieniem bezsprzecznie należy się mnie 🙂 
Kuba vel Joozwa

Kuba vel Joozwa
Kuba vel Joozwa

Józek: Elo Brada, skoczymy na kebaba motorami?
Kuba: Skoczymy, ale chyba nie do Berlina, co?
Józek: Nooo… no jak nie do Berlina, to w takim razie do Turcji…

Więc pojechaliśmy. Zeszło się tego 10 dni, 7600 km i jednocześnie 10 odwiedzonych krajów włącznie z PL. Niektóre jak Austria tylko dla zaliczenia, niektóre jak Czechy, Słowacja, Serbia, Bułgaria i Magyarország (inaczej Ziobrostan) w zasadzie czysto tranzytowo.

Docelowa Turcja nie tyle, że zaskoczyła nas superpozytywnie, a w zasadzie zupełnie oczarowała. Byłem już w Turcji, ale muszę przyznać, że takiej różnorodności krajobrazów obaj się nie spodziewaliśmy.

Krajobraz górzysty przeplatał się ze stepem, czerwoną ziemią jak w Australii, pagórkami Bieszczad, lasami Szwecji, skałami Norwegii, słonym jeziorem i nie wiadomo dosłownie czym jeszcze. Zmiana „scenografii” następowała dosłownie co kilkadziesiąt kilometrów i za każdym razem była zaskoczeniem.

Mimo iż ogólnie znaliśmy docelowe miejsca naszej wyprawy, to zrobiły one na nas ogromne wrażenie. Zwłaszcza Kapadocja — to po prostu must see, a Kemaliye Kanyon (Dark Kanyon) to nie byle jaki tunel, tylko prawie 9 km wykutej w skale trasy nad rzeką Euphrat.

Słone jezioro Tuz Golu może i nie jest jakieś ekstra samo w sobie, ale warto przy okazji zobaczyć, jak to wygląda z bliska. Natomiast wjazd kamienistą, wypłukaną przez wodę drogą na wysokość ponad 2100 m n.p.m. czy sam przejazd przez Bosfor i w sumie dojechanie do Azji to rzeczy, powiedzmy, dobrze satysfakcjonujące 🙂

Osobliwością wyjazdu były też interakcje z lokalesami. Począwszy od dziadka, co to z uśmiechem niedowierzania patrzył na nas, że nie rozumiemy po turecku… (mimo że mówił przecież wyraźnie i dość głośno), jasno było widać, że łatwo nabrać się na takie numery nie da, mimo że jego rodzony syn twierdził to samo: tata, oni nie rozumieją… turistler…

Taksówkarz ciągnący 20-metrową plastikową rurę, trzymając ją w lewym ręku i jadąc po podłych górskich serpentynach, czy recepcjonista w hotelu pod Stambułem, który życzył mi Pleasant Flight, kiedy wychodziłem ubrany w kask z sakwami na ramieniu.

Sympatyczne spotkanie było w Macedonii Północnej, gdzie zamieniliśmy kilka słów z Timo, traktorzystą, którego czerwony wehikuł pamiętał jeszcze Jugosławię.

Były jeszcze próby dowiedzenia się, czy w najbliższej miejscowości jest czynna stacja benzynowa…

Kuba: Tanir, benzin?
Turek: bambeszkilometry…
Kuba: Tanir, benzin?
Turek: bambeszkilometry…

Ja spociłem się po trzecim podejściu, ale mój brat to dość zawzięty człowiek. Próbował się dogadać z Turkiem, aż urwał się zasięg mojego interkomu…

Bambeszkilometry okazały się odcinkiem pięciokilometrowym 🙂 Benzyna się znalazła jednak po około 12 kilometrach.

Przedstawiciele mundurowi to była klasa sama w sobie. Kiedy po zatrzymaniu posterunkowy tureckiej Jandarma z uśmiechem typu: „mam was gagatki i łatwo się tu nie wywiniecie!!” usłyszał angielski, zbaraniał doszczętnie i w mgnieniu oka swój dumny uśmiech przestawił na coś w stylu: „chyba wdepnąłem i na pewno jest to śliska sprawa, i to w dodatku śmierdząca”, po czym odwrócił się i, udając, że nas tam wcale nie ma, machnął kilka razy ręką, żebyśmy się czym prędzej oddalili i zostawili jego poczucie sumienia w spokoju…

Poszliśmy po rozum do głowy. Bo angielski to może jeszcze ktoś znać, więc ustaliliśmy, że oni po swojemu, to my też!

W Macedonii pani policjantka dziarsko idzie i stanowczo macha lizakiem. Coś tam powiedziała, ale że miałem akurat muzykę w interkomie, to nie usłyszałem. Pamiętając ustalenia, mówię:

Józek: Przepraszam, proszę powtórzyć…

Pani Policjantka: … aaa, aa, Tourists… Go! Go! Bye bye!

Problem rozwiązany w zasadzie samoistnie 🙂

Była jeszcze pewna Služba, powiedzmy, mundurowa w Serbii, ale co oni tam robili na tej autostradzie, to ja do dzisiaj nie wiem — i do czego im taki żółto-pomarańczowy Mercedes…

A planowy kebab też był. I to jaki! Serio najlepszy! Chyba każdy, którego jedliśmy, był supersmaczny.

Te kilka zdjęć oczywiście nie oddaje istoty sprawy — tych krajobrazów, widoków, cudów natury i rzeczy, które warto zobaczyć samemu… a na pewno nie oddaje tych ciekawych i wartych zapamiętania wspomnień i przygód.

Dzięki Brada!!

Aaa, co? Skoczymy na piwo? Może na Guinnessa? 🙂