Jakub & Olek

Jakub & Olek

CERTYFIKATY:

Ojciec z synem przez pustkowia Norwegii i Szwecji

Jakub & Olek

Opiszę cały pomysł z wyjazdem.

Był on zaplanowany na trzy tygodnie. Wyjechaliśmy ze Skarżyska-Kamiennej po pracy, 24.06.2026 r., do Mikołajek na Mazurach. Tam spędziliśmy pierwszy nocleg u kolegi i w zasadzie na tym skończył się nasz plan. Dalej postanowiliśmy już improwizować.

Kolejny nocleg wypadł nam w Rydze – na jakimś parkingu pod namiotem. Trzeciego dnia z Rygi dojechaliśmy do Tallinna. Po drodze dopiero kupiłem bilet na prom, na który czekaliśmy dwie godziny, zwiedzając miasto. Po 2,5-godzinnym rejsie byliśmy już w Helsinkach. Trochę pozwiedzaliśmy miasto z fotela motocykla, kupiliśmy magnesy i ruszyliśmy na północ.

Zaczęło trochę padać, więc Olek, mój syn, powiedział: „Tato, nie rozbijamy namiotu, tylko jedziemy dzień i noc”. Tak dojechaliśmy około 300 km od Helsinek. Około czwartej nad ranem Olek zaczął zasypiać z tyłu, więc skręciłem w szutrową drogę prowadzącą do lasu. Niestety teren nie nadawał się pod namiot, ale było już ciepło, więc rozciągnąłem tylko płachtę i rozłożyłem śpiwory. Spaliśmy do około 10:30. To znaczy ja spałem, a później zrobiłem śniadanie i ruszyliśmy dalej.

Następnym przystankiem było Rovaniemi – wioska Świętego Mikołaja. Zwiedzanie, pamiątki i jeszcze około 100 km na pole campingowe. Na campingu obudził nas renifer około południa. W końcu, wyspani i wykąpani, ruszyliśmy dalej i w niedzielę o 22:00 wylądowaliśmy na Nordkappie!

Posiedzieliśmy tam około dwóch godzin, po czym zaczęliśmy szukać miejsca na namiot. Jakieś 30 km dalej znaleźliśmy idealne miejsce – w zagłębieniu między skałami, z trzech stron osłonięte od wiatru. Rozbiliśmy namiot i poszliśmy spać.

Szóstego dnia, w poniedziałek, plan był taki, żeby podróżować wybrzeżem Norwegii w kierunku Utvik do kolegi, który mieszka tam już od 20 lat. Zostawił nam klucze w umówionym miejscu, ponieważ sam z rodziną był na Cyprze i wracał dopiero w niedzielę.

Ruszamy dalej. Po kilku godzinach zaczyna padać, temperatura spada, wiatr dochodzi do około 15 m/s, ale jedziemy. Tego dnia nie było już warunków na namiot, więc przez Booking znaleźliśmy kwaterę w miejscowości Gulveisbakken, 466 km od poprzedniego noclegu. Tam zaczęły się analizy pogody i pierwsze dylematy. Prognozy na pięć dni do przodu pokazywały chmury kotłujące się nad całym wybrzeżem Norwegii. Pomyślałem: „Chociaż te słynne Lofoty”. Plan był taki, żeby promem dopłynąć do Bodø. Niedaleko Bodø znalazłem kolejny nocleg.

We wtorek, 30.06, wyjechaliśmy pomiędzy opadami deszczu, pakując kufry. Tego dnia nadal mocno wiało i padało. Chmury skrywały szczyty gór, ciężko było utrzymać kierunek jazdy, a buty całkowicie mi przemokły. Nie poddawaliśmy się jednak aż do Narwiku. Tam zapadła decyzja: przy takich wiatrach i opadach jazda na Lofoty będzie męczarnią. Jedziemy więc prosto do kwatery. Tego dnia przejechaliśmy 413 km. Powiedziałem: „Jutro pogoda się poprawi, to zrobimy Lofoty w drugą stronę – do Bodø i promem do Moskenes”.

Środa, 01.07. Długo dyskutowaliśmy, co robimy. Pogoda na całym wybrzeżu Norwegii nadal bez zmian, a zaledwie 100 km w kierunku Szwecji temperatura była o 16 stopni wyższa i świeciło słońce. Do kolegi mieliśmy jeszcze 1450 km i dojechalibyśmy dopiero w piątek. Musielibyśmy czekać na nich do niedzieli, a później spędzić jeszcze kilka dni w jednym miejscu. Uznałem, że to nie ma sensu. Do promu było około 1700 km przy dobrej pogodzie.

Decyzja? Wracamy.

Znalazłem pole campingowe mniej więcej w połowie drogi. Wyjechaliśmy o 10:53 z noclegu przy Nygardveien 105, 8120 Nygårdsjøen, Norwegia. Właściciel obiektu na pewno nas zapamięta. Dzień wcześniej pomagał mi naciągnąć łańcuch i przyniósł ścierkę, żebym mógł trochę wyczyścić motocykl. Tuż przed wyjazdem pożegnaliśmy się z nim w drzwiach.

Tej trasy nie planowałem i nie wiedziałem, co nas czeka. Nie tankowałem więc na pierwszej lepszej stacji, bo dzień wcześniej zatankowaliśmy niedaleko noclegu i miałem jeszcze spory zasięg. Tu spotkała nas niespodzianka. Nie zdawałem sobie sprawy, jak bezludne są tamte tereny i jak mało jest stacji benzynowych. W końcu zabrakło benzyny. Na szczęście miałem pięciolitrowy kanister i od tamtej pory już nigdy nie ruszę się bez niego. Dolaliśmy paliwo i zacząłem szukać kolejnej stacji, która była dopiero 40 km dalej.

Zacząłem szukać promu na następny dzień. Chcieliśmy kupić bilety na wieczorny rejs, ale Olek mówi:
– Tato, przecież mamy prom o 9:00 rano. Po co będziemy czekać? Damy radę. Jak nie my, to kto?

Odpowiedziałem:
– Synu, nawigacja pokazuje, że będziemy na miejscu godzinę i 45 minut przed odpłynięciem. A jeśli się nie uda? Jeśli coś się wydarzy?

Na to Olek:
– Damy radę. Zrobimy skok życia!

I kupiłem bilety na prom o 9:00. Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że kiedy dojedziemy do terminalu, będę najbardziej zmęczonym, ale jednocześnie najszczęśliwszym ojcem na ziemi.

Wreszcie terminal promowy Stena Line. Dotarliśmy tam o 08:09 – zmęczeni, ale szczęśliwi.

PS. Do Gdyni dopłynęliśmy około godziny 19:00. Kolega z Chłapowa zaproponował nam nocleg, więc dwa razy nie trzeba było nas namawiać.

Mój motocykl to Benelli TRK 702 z 2024 roku. Ja – Jakub 50 lat. Olek – mój 15-letni syn.

Łącznie przejechaliśmy 6337 kilometrów w ciągu 10 dni.