CERTYFIKATY:
Dotknąć granicy możliwości fizycznych, technicznych, psychicznych i to wszystko w półtorej doby, plus opowieść o psie, który jeździł BMW
Powtarzając za Kabaretem Starszych Panów:
„Jeżeli kochać, to dlaczego nie z kolegą?
Dziewczynę wespół uwielbiać jest lżej.
Co niebezpieczne dla mężczyzny samotnego,
to z kolegą niebezpiecznym jest mniej.”
Oczywiście w tym przypadku nie chodziło o dziewczynę, tylko o przygodę, choć dziewczyny też się pojawiały. Wspólnie z Piotrem przejechaliśmy kilka długich tras w wymagających, jesiennych warunkach, docierając do ciepłych wód w Hévíz na Węgrzech. Tym razem postanowiliśmy zmierzyć się z wyzwaniem „The Wild One”, zakładającym pokonanie minimum 1500 mil w czasie nieprzekraczającym 36 godzin.
Przy takim wyzwaniu trudno mówić o celu w sensie geograficznym. Celem jest sama droga i czas. Jednak na jakąś trasę trzeba było się zdecydować. Szukaliśmy pętli z Warszawą jako miejscem startu. Wybór padł na stolicę Liechtensteinu – Vaduz.
Chciałem wystartować o 4 rano, Piotr sugerował 8, krakowskim targiem stanęło na 6. Spotkaliśmy się pod moim domem. Mała, ale mocna kawa z ekspresu na rozbudzenie. Tobi nie potrzebował kawy. Szybko zorientował się, że szykuje się do wyjazdu i biegał podniecony pomiędzy nogami stołu, krzeseł i naszymi starannie unikając wyciągniętych ku niemu rąk. Obudzeni i pobudzeni kofeiną daliśmy radę złapać krnąbrnego towarzysza podróży. Gdy zobaczył swój pojemnik motocyklowy uspokoił się i bez protestu dał przyczepić specjalnymi paskami zabezpieczającymi.
Podjechaliśmy na pobliską stację benzynową Shell, którą Piotr reklamował twierdząc, że pracuje tam pani o szczególnie pięknym uśmiechu 🙂 Zatankowaliśmy i zgodnie z wymaganiami IronASSociation.org udokumentowaliśmy moment i miejsce startu poprzez fotografie paragonów i liczników. Kilka pamiątkowych fotografii i o 6:30 ruszyliśmy w drogę.