BociekPL

BociekPL

BociekPL

BociekPL

BociekPL
BociekPL

CERTYFIKATY:

Docieram pod rodzinny dom. Na zegarku 02:44 Termometr wskazuje prawie 1'C. Wita mnie pies, stadko kociaków oraz stare skrzypiące łóżko, które zamierzam wymienić już od "setek lat".
Szczepan "BociekPL" Bocian

BociekPL

14.05.2026. 03:45 dzwoni budzik. Wzrok kieruję na przygotowane wieczór wcześniej ubranie, szybka toaleta, zalanie termosu z mocną zieloną herbatą. Z trudem wciskam w siebie jedna malutką bułeczkę na śniadanie. Patrzę na termometr 2′ Celcjusza. Pierwsza myśl „no to ładnie”. Wskakuję więc w podgrzewana kurtkę na powerbanka i wciskam się w i tak już mocno dopasowany strój motocyklowy. Ze stolika zgarniam torbę z kanapkami, batonikami zbożowymi, termosem, oranżadą z guaraną (co okaże się zbawienne) oraz wodą. Kieruje się w stronę motocykla gdzie na siedzeniu czeka kurtka przeciwdeszczowa. Odpalam DLa, robię zdjęcie licznika 49293, zapinam kurtkę i ruszam. 04:18 puszczam sprzęgło, połykam pierwsze kilometry. Lecę w stronę promu z Gedser do Rostocku. Jadę spokojnie i bez nerwów. Patrzę na znak droga E55 – tędy na prom. Zamyślony mijam zjazd 😀 i dociera do mnie co zrobiłem. Nawrotka na najbliższym zjeździe i wracam na dobry tor. Do promu mam jeszcze połowę drogi gdy wita mnie wschód słońca. Miejscami temperatura daje o sobie znać a przymrozki na okolicznych polach tylko potęgują wrażenie zimna. Nie daję za wygraną. Kieruję się na pierwsze tankowanie tuż przed promem.

BociekPL

Przejazd przez bramki i jest mój prom, który rusza zgodnie z planem o 6:45. Zdejmuję ogrzewaną kurtkę. dalej nie powinna mi być już potrzebna. Dwie godziny na pierwszy odpoczynek. Spokojne morze daje chwilę wytchnienia i refleksji. 50 kilometrów rejsu daje czas na przygotowanie się do fali deszczu, która ma mnie złapać w drodze przez Niemcy i Polskę. Dokowanie i ruszam. Pierwsze kilometry z promu staram się przejechać spokojnie i ze zdwojoną uwagą. Ludzie zjeżdżając z promu zawsze zachowują się agresywnie na drodze, zwłaszcza przy pierwszych kilometrach. Ok, robię kilkadziesiąt kilometrów i widzę pierwsze czarne chmury. Kilkanaście kilometrów dalej spadają pierwsze krople deszczu i zjeżdżam na najbliższy parking przy autostradzie. Czas na śniadanie, ciepłą herbatkę, małego batonika – ratuje morale i wskakuję już w pełny strój przeciwdeszczowy. Zaczyna się deszcz, mokry asfalt, oraz podnoszenie wody przez przejeżdżające samochody co jest gorsze niż sam deszcz. Połykam kolejne kilometry kierując się po znakach na Szczecin.

Przed granicą z Polską w Kołbaskowie tworzy się kilkukilometrowy korek (zwężenie do jednego pasa ruchu), ale samochody rozjeżdżają się na boki robiąc mi miejsce na przejazd. Ze zdwojoną ostrożnością, drugim biegiem bez gazu przekraczam granicę. Motocykl domaga się paliwa więc zjeżdżam zatankować. Tankuję, płacę, wracam do motocykla a tu urwany kierunkowskaz przedni w prawo. Myślę… no niemożliwe. Dosłownie rok wcześniej również złamałem kierunkowskaz w silnym deszczu tylko z przodu z lewej , stary plastik się poddał. Powrót na stacje i Panie kasjerki ratują mnie resztką brązowej taśmy do paczek. Z siatki bagażowej wyjmuje jeden uchwyt i robię stelaż. Całość nie wygląda solidnie ale wytrzymuje bez problemu wyższe prędkości do końca drogi. 

Ruszam dalej. Wpadam na S3 gdzie wita mnie silny boczny wiatr wraz z przelotnym deszczem. Dobrze wiem, że to ostatnie jego strugi i podczas kolejnego tankowania mogę zdjąć przeciwdeszcz. Mijają kilometry, wiatr zmusza do jazdy w stałym przechyleniu. Jest kolejna stacja. Tankowanie, zdjęcie paragonu, zdjęcie przeciwdeszczu, ale kurtka przeciwdeszczowa zostaje. Potrzebuję ochrony przed wiatrem. W międzyczasie posiłek i rozmowa z miłym starszym Państwem. Pan pyta o cel podróży – odpowiadam że 1000mil w 24h a Pani: „ze ila taki motocykl?” więc odpowiadam, że tak jak stoi to za 12 mogę sprzedać 😀 Rozstajemy się w miłej atmosferze.

Kolejne kilometry, tankowanie, szybka kanapka. Zjeżdżam z S3 na A4. przed Wrocławiem się zaczyna… Korek po horyzont. Znów manewr, drugi bieg, 25 / 30 km/h i lecę tak „naście” kilometrów. Droga się rozluźnia, ruch na chwilę wraca do normy ale kilka kilometrów i znów to samo. Korek trochę dłuższy niż wcześniej więc powtarzam manewr, spokojnie środkiem, wszyscy robią miejsce. Dalej ruch wraca do normy i pojawia się on ! NAJWIĘKSZY KOREK JAKI W ŻYCIU WIDZIAŁEM . Przewrócona ciężarówka blokuje całą autostradę A4. Nie jestem w stanie powiedzieć ile tak jechałem. Zaczyna się objazd. ale decyduję się wcześniej zatankować. Po małej regeneracji zdejmuję kurtkę przeciwdeszczową. W końcu jest już 12’C Jadę objazdem troche po znakach, trochę na czuja, trochę błądząc wjeżdżając nie w ten zjazd i zawracając. W Końcu znajduję drogę, która prawdopodobnie prowadzi mnie do A4. Sukces, znaki wskazują już planowany kierunek jazdy. Zaskakuje mnie jednak bardzo śliskie rondo na którym trochę „przykozaczyłem” i PowerSlidem wyskakuję z ronda. Ten manewr trochę mnie otrzeźwia.

Jest A4. Kilka kilometrów w silnym wietrze z temperaturą poniżej 10’C i zatrzymuję się na ubranie kurtki przeciwdeszczowej, która będzie mi towarzyszyć do końca drogi. Śląsk przemierzam prawie bez przygód choć kultura jazdy na autostradzie niektórych kierowców pozostawia wiele do życzenia. Ten sam kierowca prawie 2 razy doprowadza do wypadku. UFFFF. Dolatuję na ostatnią stację paliw przed Balicami gdzie do kanapki i herbatki podziwiam startujące samoloty. Jest to też czas w którym pierwszy raz odpalam nawigację. Robi się już ciemno. Chce odciążyć umysł od uwagi na kierunek jazdy, co pozwali mi się mocniej skupić na drodze w kierunku Rzeszowa. Kolejne kilometry i wita mnie Podkarpacie. Wreszcie węzeł i ruszam na S19. DL wskazuje 2 kreski paliwa. Zaraz zatankuję, przecież przy Sce musi być stacja paliw, prawda? PRAWDA? Otóż musze zjechać z S’ki do Niska. Szybkie tankowanie, kanapka i batonik na kolację. Podgrzewana kurtka ląduje pod strój. Jest około 4 stopni.

Ruszam. Dosłownie 100 metrów przed wjazdem na S19 drogę przechodzi mi piękny Jeleń Byk w scypule. Będzie medalowy- pomyslałem. Dopadają mnie pierwsze oznaki zmęczenia. Światła samochodów z naprzeciwka strasznie rażą. Zaczynają powodować rozdrażnienie i zmęczenie nieco wzmaga. Zjeżdżam na mop w Zemborzycach i wypijam puszkę „Guarana Antarctica Brazi 330ml”. Puszka tego eliksiru stawia na nogi. Smak ma dużo lepszy niż typowe energetyki bo nie ma tego dziwnego „posmaku gumy” jak np „ME” czy „RB”.

Siadam z otwartą głową i wręcz połykam obwodnicę Lublina. Wpadam na stary sprawdzony pomysł gdzie „…Głębokie oddechy to szybki sposób na obniżenie poziomu stresu, uspokojenie pulsu i dotlenienie organizmu. Wystarczy świadomie zaangażować przeponę”. Wracają siły, ale pojawiają się dwa samochody, które swoimi manewrami wykraczają poza zdrowy rozsądek. Mijam się z nimi gdy tankują na stacjach. Robią wszystko, żeby wyprzedzać pojazdy, a wysepki to tylko sugestie. Jeden przed Krasnystawem łapie koźlę pod maskę i zatrzymuje się na przystanku. Odpada z dalszej jazdy. Drugi nadal nie odpuszcza. Jego sarny nadal nie nauczyły jeździć. Po tym wyrwanym z kontekstu szaleństwie wjeżdżam do Zamościa i dojeżdża do mnie trzeci samochód. Jadąc obwodnicą na „długich” trzyma się metr za mną, choć ma czysty pas do wyprzedzania. Niektórzy mają jakiś kompleks motocykla na drodze i odwalają takie manewry lub robią wszystko żeby tylko motocykl wyprzedzić (proszę czytać wyżej – wyprzedzanie na wysepkach).

BociekPL

Na szczęście Zamość opuszczam sam i tankuję na kolejnej stacji. Podczas postoju odpalam kalkulator i obliczam kilometry. Jestem już 2 więcej niż trzeba. Udało się. Teraz tylko powrót do domu. Reszta trasy to już formalność, w której doskwiera już tylko zimno. Temperatura spada stopień po stopniu do regionalnych przymrozków. Docieram pod rodzinny dom. Licznik wskazuje 50974. Zegarek 02:44 Termometr prawie 1’C. Wita mnie pies, stadko kociaków oraz stare skrzypiące łóżko, które zamierzam wymienić już od „setek lat”.