CERTYFIKATY:
„Ze Szczecina wszędzie jest blisko” ArekB
Junakiem odziedziczonym po Ojcu w góry Kaukaz, na Nordkapp, na Bałkany…
Spotkanie
Rano śniadanko i wyjazd do Ushguli, jednej z najwyżej położonych, stałe zamieszkanych, wiosek w Europie. Charakterystyczne domy twierdze, prywatne wieże obronne, niezbędne do prowadzenia sąsiedzkich, klanowych potyczek jak i obrony przed zewnętrznym wrogiem.
Ładne 50 km takimi serpentynami, że ech. Niestety ostatnie 10km w budowie, szuter, tumany kurzu, ciężarówki, wahadła, zwężenia, i Gruzini nie planujący jak się minąć tylko wpychający się (wg zasady odważniejszy ma pierwszeństwo) i blokując drogę mijając się na żyletkę po uzgodnieniu sygnałami rozwiązania klinczu – fakt dosyć sprawnie im to wychodziło.
Wjechałem gdzieś w zaułek. Zostawiłem Janka, poszedłem do góry zobaczyć panoramę wsi i pomyśleć co dalej. Początkowym zamiarem była jazda dalej i zatoczenie szerokiego koła. Zszedłem do Jana, powoli zacząłem się ubierać … kiedy …”Dziki Junak ?” … Zapytała nagle przechodząca obok śliczna dziewczyna. No żesz ty, w takiej sytuacji człowiek zaczyna szukać w jakim języku to jest i o co jej chodzi, bo się musiał przesłyszeć, „Mój ojciec też ma takie znaczki” i pokazuje na logo dzika na narzędziówce, „A ojciec nazywa się? – pytam „Piotr”, „A nazwisko?” – pytam, bo już coś zaczyna mi świtać „Czołnik,” „Aaa to Ty jesteś ta córka co podróżuje po świecie kamperem trochę pracując, a trochę pozostając w związku nieformalnym ;-)” … Uśmiechy, piąteczki, co robicie, gdzie byliście, co planujecie, Kamper w serwisie na Księżycu to oni fru do Gruzji samolotem …
„A Ty z jakiego odłamu dzików?” , „Jam jest dzik mazowiecki delegatura Szczecin”. Małe pogaduchy i zasugerowała spacer do lodowca, podobno ładnie. No to cześć, cześć i rozchodzimy się każdy w swoją stronę. Do lodowca 9km, z czego 7 da się przejechać gruntową drogą, a dwa trzeba przejść Tak to jest. Ciężko odmówić ładnej dziewczynie, ale jeszcze ciężej idzie się w słońcu w grubych spodniach i butach motocyklowych, zwłaszcza gdy żrą gzy, wokół rośnie barszcz Sosnowskiego, a powietrza brak w płucach. Toż to już 2100m npm, droga coraz bardziej stroma, a słońce pali . „Nie wierz nigdy kobiecie, dobrą radę Ci dam…” Powietrza ….
Dotarłem choć końcówkę bardziej sapiąc niż idąc. Ale na górze ładnie, woda wypływa z ciemnej dziury w szarym lodzie. Zaraz wypłynie stamtąd złe mzimu albo wiking powracający w swej łodzi z walhalli
Posiedziałem z pół godziny przykładając do karku zimniutki lód. Uspokajający szum wody wypływającej spod lodowca przerwany stukotem spadających kamieni… relaks. „Czasami warto baby posłuchać” byle nie za często.
Wracam. Ciekawe czy mi tam maneli z motoru nie jumneli? Na drogę wziąłem sobie kawał lodu, który powolutku roztopiłem na karku… Ekstra. Nie realizowałem już wcześniejszego planu, było zbyt późno. Zawróciłem i znowu po serpentynach, zjazdach podjazdach wróciłem do Mestii. Tylko Jana żal, na budowanym odcinku znowu chmury pyłu, ciężko oddychać, jemu pewnie też.
Jutro przenosiny do Kutaisi.