CERTYFIKATY:
Przygoda na ETZ250 z 1988 roku smakuje troszkę inaczej niż w przypadku nowoczesnego motocykla, zapewne Pan wie o czym piszę 🙂
Zainspirowany opowieściami Pana Piotra C. (m.in. z rozmów z Barrym) podjąłem się w tym roku dłuższych wyjazdów swoją ETZ-tką 250 (1988 r.), którą poskładałem jakieś 4 lata temu (składak w pełnym tego słowa znaczeniu, ponieważ części kupowałem w wielu różnych miejscach).
Jak dotąd jeździłem tylko na wyjazdy po jakieś 200–400 km i zazwyczaj na tym się kończyło. W tym roku byłem jednego dnia w Stegnie na obiedzie i zamoczyć nogi w Bałtyku. Po głowie chodziła mi jeszcze dłuższa wyprawa, więc wybrałem się w tę piękną sobotę do miejscowości, która przez naszą najbliższą rodzinę jest bardzo lubiana i kojarzy się z rodzinnym spędzaniem czasu oraz odpoczynkiem. Do Tatrzańskiej Łomnicy (do tej miejscowości pojechałem) z Bukowiny Tatrzańskiej jest rzut beretem, a tam zupełnie inny świat. Cisza, spokój, brak billboardów i straganów, dużo lepsze jedzenie, a ceny wcale nie są dużo wyższe niż u nas.
**Opis wyjazdu**
Wstałem w miarę wcześnie jak na sobotę ;), ale jakoś się guzdrałem, dlatego wyjechałem dość późno (7:50), z niewielką ilością paliwa. Pierwsze tankowanie było już koło Radomia, gdzie dojechałem po przekręceniu kranika na rezerwę. MZ-ta, jak się ciśnie 115–120 km/h, lubi dość sporo wypić.
Po zatankowaniu do pełna cisnąłem dalej, jednak długo podróż nie trwała, ponieważ dokładnie na węźle Skarżysko-Kamienna Płd. silnik nagle zgasł (zero szarpania, po prostu zgasł). Na boku trasy wymieniłem świecę i próbowałem odpalać, ale bez skutku. Udało mi się wyprowadzić motor poza węzeł, na najbliższe skrzyżowanie z chodnikiem, gdzie podjąłem próby naprawcze. Tutaj sporo czasu straciłem, zapewne z godzinę. Udało się odpalić i pojechałem dalej.
Trochę wystraszony nie cisnąłem jak wcześniej i w okolicy Miechowa znowu jakimś cudem pojawiło się szarpanie. Po przełączeniu na rezerwę zjechałem na najbliższą stację w Miechowie. Po zatankowaniu do pełna pojechałem dalej.
Na Zakopiance kolejna awaria na trasie — znowu silnik zgasł podczas jazdy. Tutaj w miarę szybko poszło: wymiana wypalonej świecy (w Skarżysku założyłem nową!) i jazda dalej.
W miarę dobrze się jechało, ale jak Zakopianka się skończyła, prędkość znacznie zmalała. Silnik na niższych obrotach kichał, prychał, krztusił się i w ogóle pracował niespokojnie, jakby gaźnik był przypchany. Dotelepałem się do stacji już zaraz za granicą i zatankowałem już nie „nasze” paliwo.
Po przejechaniu dosłownie kilku kilometrów na zagranicznym paliwie nagle wszystkie usterki z prychaniem ustąpiły jak ręką odjął. Paliwo w Miechowie tankowałem na stacji à la CPN i wszystko wskazuje na to, że było „chrzczone”, ponieważ dawno nie miałem takich ekscesów z silnikiem (radomskie paliwo podejrzewam, że też nie było bez winy).
Po dojeździe na miejsce szybki obiad w ulubionej knajpie, szybkie zakupy w sklepie obok, krótki objazd po Tatrzańskiej i powrót do domu.
Powrót, całe szczęście, upłynął bez ekscesów i problemów. Po tankowaniu w Słowacji nadal nadgorliwie pilnowałem stanu paliwa, jednak ku mojemu zdziwieniu wszystko się odmieniło. Nowa świeca NGK (założona na Zakopiance) i słowackie paliwo służyły silnikowi. Spalanie znacznie spadło i powrót do domu był prawie formalnością.
Ostatnie tankowanie miałem gdzieś na węźle koło Kielc na S7, ale z pośpiechu nie wziąłem paragonu z kasy. Powrót do domu o 22:42.
W załączeniu zdjęcia z przejazdu, jednak bez śledzenia, ponieważ nie korzystam z tego typu aplikacji. W Google również mam wyłączoną tę funkcję.
Cieszę się bardzo z tej wycieczki, ponieważ sobota była piękna i niemalże bezwietrzna.